Azja,  Indonezja,  Jawa,  Podróże

Jawa i jej skarby – Borobudur oraz Prambanan.

Będąc na Jawie trzeba odwiedzić jedne z największych kompleksów świątynnych na świecie oraz (nie)sławny kościół kurę.


Przylot

Na Jawę przylecieliśmy z Singapuru linią AirAsia bezpośrednio do Yogyakarty. Bilet kosztował 179 SGD (dolar singapurski), co w przeliczeniu dało ok 480 zł (w cenie bagaż rejestrowany 15 kg oraz posiłek). Było to nasze najdroższe połączenie podczas urlopu (nie licząc biletów LOT, które wyniosły ok 2600 zł.).

Na nocleg zatrzymaliśmy się w Wisma Ary’s, który zorganizował nam transport z lotniska za 100 tys IDR (rupii indonezyjskich), czyli ok 25 zł. Podana cena dotyczy całego samochodu, więc jedna osoba wydała ok 6 zł za transfer.

Pensjonat, w którym spaliśmy był bardzo przyjemny, do tego koszt dwóch noclegów ze śniadaniem wyniósł ledwie 93 zł od osoby. Otaczające nas zewsząd meczety w chwilach nawoływań muezinów tworzyły niesamowity klimat. Dodatkową atrakcją były koguty, które pomagały nam wstawać swoim pianiem. 😉

Pokój dwuosobowy z łazienką w Wisma Ary’s.

Wybraliśmy dwa pokoje dwuosobowe, każdy z łazienką z prysznicem. Zakwaterowanie było skromne, ale bardzo przestronne oraz posiadało duże, wygodne łóżko. W obiekcie WiFi działało bez problemu. Śniadania w formie skromnego bufetu były smaczne. Znalazły się w nim m.in. ryż z mięsem, oraz klasyczne grzanki z dżemem. Obsługa nie mówiła zbyt dobrze po angielsku, ale i tak dało się dogadać. 😉

Zielony ogród w Wisma Ary’s
Taras w Wisma Ary’s

Yogyakarta

Na zwiedzanie miasta nie mieliśmy wiele czasu. Wybraliśmy je na nocleg ze względu na najlepsze położenie do zwiedzania świątyń. Po zakwaterowaniu wybraliśmy się na krótki spacer. Uliczki były surowe, bez chodników, ruch spory nawet w bocznych zakamarkach. Idąc za poleceniem TripAdvisor, zawędrowaliśmy do Yam Yam Thai & Western Restaurant, gdzie postanowiliśmy zjeść obiad. Ceny były umiarkowane, nie najtańsze, ale było smacznie.

Ruch uliczny w Yogyakarcie.
Jedzenie smaczne, dobre napoje. Ocena 4,5 na TripAdvisor.
Jedna z bocznych uliczek Yogyakarty.

Po posiłku i odświeżeniu się w pensjonacie, wybraliśmy się na dłuższy spacer do centrum. Niestety pałac Keraton był już zamknięty, więc nie kierowaliśmy się w żadne konkretne miejsce, zwyczajnie patrzyliśmy co po zmroku do zaoferowania ma Yogyakarta.

Dochodząc do głównego placu lekko się zdziwiliśmy 😃 Naszym oczom ukazała się masa kolorowych, grających, napędzanych siłą nóg samochodzików. Nie będę ukrywać- takiej atrakcji na muzułmańskiej wyspie się nie spodziewałam. 😉

Wyjątkowa atrakcja Yogyakarty.

Na kolację wybraliśmy się do świetnej pizzerii tuż obok naszego pensjonatu, Easy Garden Restaurant & Cafe w której jedliśmy najlepszą pizzę włoską od lat! Trafiliśmy tam dlatego, że był to jedyny lokal czynny po 22:00, ale na szczęście brak wyboru nie okazał się w tym przypadku problemem. Było smacznie, blisko i było piwo. 😁

Borobudur

Punktem obowiązkowym podczas pobytu na Jawie jest odwiedzenie jednego z największych kompleksów buddyjskich na świecie- Borobudur. Świątynia powstała na przełomie VIII i IX wieku, a w 1991 r. została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Na wycieczkę wybraliśmy się z wynajętym kierowcą, co kosztowało nas 600 tys. IDR (ok 150 zł) za 10 h. Takie rozwiązanie ma wiele plusów, ale są też minusy… przede wszystkim czas jazdy. Ilość aut oraz przemykających między nimi skuterów jest ogromna i wpływa na tempo jazdy. Samochód w mieście nie przekracza 20-30 km/h, a i poza nim ogranicza się do najczęściej 60 km/h.

Gdy już dotarliśmy do celu, udaliśmy się do kasy. Zakupiliśmy bilet łączony na dwie świątynie: Borobudur oraz Prambanan. Koszt jest wysoki: 40$ co w przeliczeniu dało ok 145 zł. (ceny z września 2018 r.), ale zdecydowanie warto wydać taką sumę.

Świątynia składa się z ośmiu tarasów ułożonych w formie piramidy schodkowej, które tworzą ponad 6 km trasę, na której podziwiać można reliefy obrazujące sceny z życia Buddy. Bok najniższego tarasu ma długość ponad 110 m. a wysokość całości przekracza 35 m. Na trzech górnych częściach znaleźć można 72 stupy, w których znajdują się posągi Buddy.

Zasada zwiedzania jest prosta: im wyżej tym więcej ludzi 😄 Wszyscy chyba zaczynają od szczytu, my też tak zrobiliśmy, systematycznie kierując się w dół, obchodząc każdy taras dookoła. Musicie się liczyć z tym, że będziecie proszeni o zrobienie sobie zdjęcia z Indonezyjczykami. 😉 Szczególnie, gdy wyróżniacie się nie tylko jasną skórą, ale także blond włosami lub wysokim wzrostem.

Posąg Buddy
Piękne widoki na dżunglę ze świątyni.
Jeden z niższych tarasów.
W każdej świątyni należy założyć sarong.
Dobre towarzystwo to podstawa udanych wakacji 😉

Dobrze, że wyjście prowadziło przez targ, bo obie z siostrą potrzebowałyśmy kupić kapelusze. Nakrycie głowy jest przy takich temperaturach niezbędne, o czym wspominamy w poście „Indonezja- jak zorganizować wyjazd”. Przy okazji można było ochłodzić się pysznym sokiem z trzciny cukrowej. 😋

Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam wyciskany sok z trzciny cukrowej.

Borobudur zrobiło na nas duże wrażenie. Najciekawsze było spacerowanie na dolnych tarasach. Brak tłumów w tej części pozwolił nam spokojnie przyglądać się płaskorzeźbom, widokom oraz swobodnie filmować. 😉

Gereja Ayam – „kościół kura”

Kościół kura to wyjątkowy twór. Tak naprawdę nie jest on kurą, ale gołębiem. Pomysł wzniesienia świątyni dla wszystkich religii przyszedł do Daniela Alamsjah we śnie w 1989 r. Rok później rozpoczęła się budowa, którą w 2000 r. zatrzymał brak funduszy. Kilka lat temu wprowadzono opłaty za zwiedzanie w wysokości 30 tys. IDR (ok 8 zł). Bilet uprawnia do wejścia do środka, na taras widokowy na głowie kury, a także do otrzymania poczęstunku w środku, który jest chyba … kawałkiem ziemniaka? Szczerze mówiąc nie wiemy co to było, ale smakowało trochę jak gotowany kartofel. 😄

Kura, która miała być gołębiem 😁

Gereja Ayam dzieli się na kilka sekcji: mamy część chrześcijańską, buddyjską, hinduistyczną oraz muzułmańską. Celem powstania świątyni było stworzenie miejsca gdzie wszystkie religie mogłyby współistnieć obok siebie w pokoju.

Czy udało się osiągnąć ten cel? Nie sądzę. Miejsce jest atrakcją z powodu swojego nietypowego kształtu, a nie szczytnej inicjatywy. Zakładam, że mało kto trafia tam, aby się pomodlić. Wiele osób wciąż nawet nie wie o istnieniu tego kościoła i reaguje dużym zdziwieniem, gdy zobaczy zdjęcie wielkiej kury na szczycie góry. 😃

Piękne widoki z głowy kury.

Prambanan

Zwiedzanie Gereja Ayam zabrało nam tak dużo czasu, że niewiele brakowało a nie zdążylibyśmy odwiedzić Prambanan.

Jeden z największych hinduistycznych kompleksów świątynnych powstały w IX w., przez stulecia stał zapomniany w dżungli. Odkryty przez Brytyjczyków w XVIII w. stanowi jedną z największych atrakcji wyspy Jawa, a w 1991 r. został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Pierwotnie w skład Prambanan wchodziło ponad 230 świątyń, a największa z nich mierzyła ponad 46 m i poświęcona była Sziwie. Niestety po latach zapomnienia, grabieży oraz niszczycielskich sił natury (m.in. trzęsienie ziemi w 2006 r.), zachowało się ich niewiele. W ostatnich latach kompleks jest intensywnie odbudowywany i w miarę możliwości zabezpieczany, aby uniknąć większych strat w przypadku kataklizmów naturalnych.

Prambanan – wejście boczne.
Prambanan- wejście główne.
Prambanan
Prambanan- wewnątrz kompleksu.

W kompleksie można znaleźć również coś na wzór mini zoo. Koniki oraz jeleniowate zamknięte na wybiegach, ptaki w bardzo małych klatkach. Nie wiem do końca czemu ma to służyć. Przypuszczam, że jest to zabieg skierowany odwiedzających świątynie rodzin z dziećmi, aby ich pociechy miały na co popatrzeć.

Nam szkoda było tych zwierzaków, szczególnie ptaków.

Mimo późnej godziny, wciąż znajdowało się tam bardzo dużo ludzi spacerujących i podziwiających świątynie.

Prambanan ma niesamowity klimat, prezentuje się wspaniale. Dodatkowego uroku dodawał mu blask zachodzącego słońca. Zresztą… co ja będzie Wam tutaj pisać, zobaczcie sami. 😉

Podsumowanie

Nasz pobyt na Jawie miał na celu przede wszystkim odwiedzenie dwóch wielkich kompleksów świątynnych- Borobudur oraz Prambanan, a także lokalnej atrakcji jaką jest Gereja Ayam. Oba kompleksy zrobiły na nas ogromne wrażenie. Piękne miejsca, przepełnione magicznym klimatem. To był bardzo udany dzień i świetny początek poznawania Indonezji. Z wycieczki wracaliśmy więcej niż zadowoleni.

W drodze powrotnej do naszego pensjonatu zatrzymaliśmy się jeszcze na kolację, aby zjeść tradycyjną indonezyjską potrawę: satay, czyli grillowane mięso podawane z sosem z orzeszków ziemnych. Adam się nimi zajadał. 😉

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *